Błatnia, Klimczok, przełęcz Karkoszczonka, Kotarz – projekt „Polskie Góry”

Błatnia, Klimczok, przełęcz Karkoszczonka, Kotarz.

Czas by wreszcie szarpnąć mocniej nogami. By sprawdzić jak mocno niosą nogi, czy buty i skarpetki nie obcierają.

Czy plecak nie obciera ramion, i czy kijki dobrze leżą w dłoniach na długich trasach.

Jedziemy do Brennej. Ta niewielka miejscowość wciśnięta pomiędzy góry Beskidu, oferuje wiele szlaków górskich. Moim zdaniem niedoceniana turystycznie miejscowość. Jej popularni sąsiedzi tacy jak Wisła, Szczyrk czy Ustronie z dużym sukcesem odbierają Brennej turystów, a tym sposobem i źródło przychodu.

Parking w Brennej znajdziecie blisko sklepu Biedronka, w pobliżu urzędu i kościoła.

Brenna parking.

Zaczynamy bardzo wcześnie rano. Kiedy parkujemy, parking jest jeszcze pusty, a miasto wydaje się jeszcze mocno senne.

W pobliżu urzędu znajdujemy wejście na czarny szlak i ruszamy do góry, by po niecałych 30 minutach dojść do szlaku zielonego.

Błatnia to dla mnie taki powrót do przeszłości. Bywałem w dzieciństwie kilka razy na koloniach i zimowiskach w Brennej.  W czasie letnich kolonii wchodziliśmy na Błatnią. Wtedy dla mnie była to olbrzymia góra, stroma, wymagająca i męcząca. Potem na koniec podstawówki też jakoś szczególnie nie było lekko, pamiętam, że szliśmy bez końca. W mojej głowie ta góra pozostawała jako trudna do zdobycia.

Tym razem jednak wspinamy się bardzo szybko, w zasadzie rekreacyjnie, nie czuję zmęczenia, nawet się nie zatrzymujemy na picie, jedzenie czy odpoczynek. Maszerujemy ostro do góry. Dziś plan jest jasny. Ciśniemy w nogach ile sił. Serce i płuca muszą poczuć co się tu dzieje. Nie ma lipy. Buty trą o skały, korzenie i kamienie. Plecak dynda na placach, a za nami idzie lekki kurz. Realnie nie mamy wyjścia, trenujemy przed Kilimandżaro, lekcje które tutaj odrobimy tam dadzą nam szansę na zdobycie szczytu.

Już po godzinie jesteśmy na szczycie. No prawie. Bo przy dawnej chatce studenckiej. Jak się okazuje chatka studencka uległa całkowitemu zniszczeniu w wyniku pożaru w latach 90. XX w. Obecnie w pobliżu tego miejsca znajduje się restauracja „Rancho”.

Przed nami schronisko na Błatniej. Zbudowane w latach 1925 – 1926 przez niemieckie towarzystwo „Naturfreunde” z Aleksandrowic koło Bielska. W 1945 r. przejęte przez PTT, następnie PTTK. Rozbudowane w latach 1965 – 1968, jest obecnie jednym z najpopularniejszych obiektów w Beskidach.

Błatnia (właściwie: Błotny, 917 m n.p.m.)  – to niewybitne wypiętrzenie grzbietu, wznoszące się nad Doliną Wapienicy, niecałe 4 km na zachód od Klimczoka.

O tym, że jest to łatwa górka do zdobycia, świadczy ilość skacowanych osób jakie właśnie o poranku wyłaniają się ze schroniska. Zresztą na ławkach poniżej, nadal stoją butelki wódki po wczorajszym ognisku.

Wchodzę do środka, nic się nie zmieniło, oprócz okratowanego baru. Znajduje miejsce przy którym kiedyś zjadłem cały bochenek chleba z pasztetem. Dziś mamy herbatę, bułki i kabanosy.

Stojąc na tarasie chwilę podziwiamy widok na Beskidy.

Nie ma wyjścia ruszamy dalej. O tej porze pojawia się sporo biegaczy, czasem nawet ktoś na rowerze górskim.

Żółtym szlakiem na Klimczok.

Idziemy przez piękną przełęcz. Mamy dziś szczęście do pogody. Widoki są naprawdę piękne. Nie ma też zbyt dużo osób na szlaku.

Czym bliżej naszego kolejnego celu tym więcej turystów. Pewnie dlatego, że na Klimczok można wjechać kolejką. Obserwujemy coraz większą ilość turystów w sandałach, klapkach z pieskiem i puszką piwa. To znak, że zbliżamy się do miejsca gdzie można się dostać w wygodniejszy sposób niż na własnych nogach.

W końcu jesteśmy na szczycie Klimczoka (1117 m n.p.m.)  , tutaj piknik trwa na całego. My też siadamy na trawie i robimy sobie dłuższą przerwę na bułkę i herbatę.  W czasie krótkiego spaceru po szczycie znajduje kilka ciekawostek. A to kamienie przywiezione z innych gór, ułożone w jednym miejscu, albo mini pomniki z butów turystów.

Przez Klimczok przebiega granica administracyjna Bielska-Białej i stąd szczyt Klimczoka jest najwyższym punktem tego miasta. Przez szczyt biegnie też historyczna granica pomiędzy Śląskiem i Małopolską.

Powoli się zbieramy. Czas uciekać od tłumu. Tylko chwilę idziemy w kierunku schroniska na Klimczoku, by po chwili skręcić na czerwony szlak w kierunku przełęczy Karkoszczonka, schodzimy w dół  na 729 m n.p.m. Karkoszczonka to  głęboka przełęcz w głównym grzbiecie Beskidu Śląskiego.

Do niedawna przełęcz nazywano powszechnie „Skałką”, co związane było zapewne ze starą nazwą Klimczoka.

Wśród mieszkańców Szczyrku Białej przełęcz zwana jest też czasem „Granicą”. Jest to odniesienie do granicznej funkcji grzbietu Beskidu Śląskiego, który rozdzielał w tym miejscu Żywiecczyznę, należącą aż do rozbiorów do Królestwa Polskiego (później: Galicję) od Księstwa Cieszyńskiego (części Górnego Śląska). Po II wojnie światowej biegła tym grzbietem granica województw krakowskiego i katowickiego, a także granica powiatów żywieckiego i cieszyńskiego (co ma miejsce również obecnie). Wspomniany grzbiet był również przez ponad dziewięć wieków granicą dwóch diecezji kościoła katolickiego w Polsce: krakowskiej i wrocławskiej. Jednocześnie jest naturalną granicą językową i etnograficzną (Brenna: strój górali śląskich, Szczyrk: strój górali żywieckich).

Może z opisu nie wynika, ale chwilę nam zajęło dotarcie z Klimczoka na Karkoszczonkę. Szlak w większej części prowadzi przez zarośla i las, ale momentami są piękne widoki na otaczające nas góry.

Znowu robimy chwilę odpoczynku, nie za długo bo przed nami Kotarz.

Kotarz to zarówno wyraźne wypiętrzenie (974 m n.p.m.) w głównym grzbiecie Pasma Baraniej Góry w Beskidzie Śląskim, najwyższe na odcinku między Przełęczą Salmopolską a przełęczą Karkoszczonka, jak i cały boczny grzbiet, który odgałęzia się w kierunku północno-zachodnim od owego szczytu i obniża, przez koty 918 m n.p.m. i 828 m n.p.m., w widły Brennicy i Hołcyny.

Szczyt Kotarza 974 m n.p.m. wznosi się nad Szczyrkiem Soliskiem, a jego stoki opadające ku dolinie Żylicy zajęte są przez polany z doskonałym widokiem na masyw Skrzycznego.

Nazwa „Kotarz” jest często spotykaną w polskich Beskidach pamiątką po dawnych tradycjach pasterskich tego rejonu: oznacza ona miejsce, w którym owce, wypędzane wiosną na górskie pastwiska, wydawały na świat młode, czyli „kociły się”.

Samo podejście pod Kotarz było dość strome i o zgrozo co jakiś czas zaskakiwał nas górski rowerzysta, wylatujący z góry jak wystrzelony z procy. Muszę przyznać, że były niebezpieczne momenty i osobiście uważam, iż czas uporządkować ten rodzaj sportu w górach bo może dojść do niebezpiecznego wypadku.

Na samym szczycie jest „Piknik bar Kotarz” – to ostatni nasz przystanek. Tata klasycznie herbatę, a ja kupuję colę. Organizm doprasza się o trochę niezdrowego cukru. Przy barze atmosfera taka sama jak na Klimczoku, z tym, że mniej tu przypadkowych turystów, bo tu trzeba wejść o własnych siłach.

Mamy za sobą około 20 km w górach w dobrym tempie. Czeka nas jeszcze zejście do Brennej.

Kilka kroków w dół czerwonym szlakiem, i skręcamy na szlak niebieski do Brennej Bukowej.

Po zejściu z gór, idziemy dłuży odcinek przez Brenną. Co się rzuca w oczy to sporo zaniedbanych i jak by opuszczonych domów letniskowych. Mam wrażenie, że kiedyś sporo osób próbowało tu turystycznego biznesu ale nie wyszło. Wiele domów wystawionych jest na sprzedaż.

W samej Brennej atmosfera piknikowa, wzdłuż rzeki masa ludzi a w pobliskim wesołym miasteczku tłumy ludzi. My wracamy do auta z poczuciem dobrze zrealizowanego planu treningowego. Endomondo pokazuje mi, że w 6 godzin przeszliśmy 29,24 km. Czujemy się dobrze, i nawet nie specjalnie jakoś zmęczeni. Choć suma przewyższeń z tego dnia to 1428 m, całkiem sporo jak na jeden dzień.

 

Dziękuję za odwiedzenie mojej strony, będzie mi bardzo miło jeśli polubisz ją na Facebooku ;).