Skrzyczne – projekt „Polskie Góry”.

Skrzyczne.

Jedziemy do Szczyrku. Szukamy miejsca gdzie można zaparkować. Chwilę błądzimy, bo szukamy miejsca gdzie zaczyna się kolejka na Skrzyczne. Trochę się tu pozmieniało. Przybyło sporo budynków, i kolejka która kiedyś była widoczna z ulicy, teraz jest zastawiona przez prywatny hotel i chyba karczmę.

Parkujemy na prywatnej posesji, płacimy niewielką opłatę i wcześnie rano ruszamy na niebieski szlak. Zaczyna się pod kolejką, dość stromy i powiem, że nawet wymagający.

Czuję jak serduszko zaczyna wydajniej pracować. Szlak na początku też nie jest najlepiej oznaczony, więc chwilę się zastanawiamy czy dobrze idziemy, przecinając w poprzek łąkę. Momentami wspinamy się pod samą kolejką. Trzeba cisnąć mocno z buta, to nie jest najłatwiejszy szlak na Skrzyczne.

W końcu na trochę wchodzimy w las, ale i tak co chwila jest otwarta przestrzeń i wieje zimny wiatr. Trzeba się ubierać i rozbierać.

O tej porze nie ma tłoku na szlaku. W zasadzie spotykamy tylko grupę młodych ludzi. Gdzieś w połowie szlaku jednak drogi nam się rozchodzą. My idziemy szlakiem, oni próbują bezpośrednio pod kolejką, która akurat jest w remoncie i jej dolna część dziś nie działa.

Po około 90 minutach jesteśmy na szczycie.

Skrzyczne 1257 m n.p.m. – najwyższy szczyt w grupie górskiej Beskidu Śląskiego w Zewnętrznych Karpatach Zachodnich w Polsce. Jako najwyższy szczyt Beskidu Śląskiego Skrzyczne należy do Korony Gór Polski. To dla mnie kolejny szczyt w Koronie Gór Polski.

Nazwa góry (Skrzyczne lub Skrzecznia) ma pochodzić od skrzeczenia żab, które w wielkiej ilości zamieszkiwały staw, kiedyś istniejący podobno w kotle (rzekomo polodowcowym) między Skrzycznem a Małym Skrzycznem.

Siadamy na chwilę z tatą by napić się herbaty i zjeść po bułce. Chyba mamy dobry czas, bo dopiero około 20 minut po nas pojawia się grupa młodzieży, którą widzieliśmy w połowie szlaku. Dla nich to finał wspinania, idą na piwo do pobliskiego schroniska, przed powrotnym zejściem do Szczyrku.

My po chwili odpoczynku ruszamy dalej. Naszym następnym celem jest Malinowska Skała. Startujemy zielonym szlakiem, na początku droga wiedzie przez zalesiony teren, ale potem wychodzi na otwartą przestrzeń. Przed nami roztacza się przepiękny widok.

Nasz cel widać już z daleka, ale trochę mamy do przejścia po kamienistej drodze. Jak bardzo kamienista jest to droga, niech świadczy grupa górskich rowerzystów. Na całej długości tego odcinka, mijaliśmy ich trzy razy. Za każdym razem musieli się zatrzymać na naprawę opon.

W końcu docieramy do Malinowskiej Skały. Widok w stronę Skrzycznego jest przepiękny. Moim zdaniem jeden z najładniejszych w Beskidach. Staje z kijkiem do selfie na Malinowej skale, i robię zdjęcia obracając się dookoła.  Robimy tu sobie dłuższą przerwę.

Na Malinowskiej Skale (1152 m n.p.m.) rozstajemy się z zielonym szlakiem, który odbija w lewo i biegnie dalej na Baranią Górę. Wycieczkę kontynuujemy szlakiem czerwonym, prowadzącym do Przełęczy Salmopolskiej . Przez moment idziemy prosto przez las, a następnie skręcamy w prawo, gdzie rozpoczynamy zejście niezalesionym stokiem góry. Roztacza się stąd wspaniały widok na odległe pasma Beskidów, co czyni wędrówkę bardzo przyjemną.

Na Przełęczy Salmopolskiej (934 m n.p.m.) znowu zrobimy sobie przystanek. Jest tu kilka knajpek i przystanek PKS.

Jak ktoś chce może zjechać autobusem do Szczyrku. W latach 1965-68 wybudowano przez przełęcz atrakcyjną krajoznawczo szosę, łączącą bezpośrednio Szczyrk z Wisłą. Szosa wspina się ze Szczyrku przez Salmopol w górę sześcioma zakosami, przechodzi przez przełęcz na stronę doliny Brennicy, po czym przekracza odgałęziający się tu grzbiet pasma Równicy i, trawersując zachodnie stoki Malinowa, śmiało opada do doliny Malinki. Drogę tę, długości 13 km, wybudowaną kosztem 30 mln ówczesnych złotych, oddano do użytku 22 lipca 1968 r. Obecnie droga ta jest fragmentem drogi wojewódzkiej 942 Bielsko-Biała – Wisła. Przełęcz Salmopolska stała się w ten sposób najwyższą dostępną komunikacyjnie przełęczą w Beskidzie Śląskim, zaś po Przełęczy Lipnickiej (Krowiarki) u stóp Babiej Góry – drugą w całych polskich Beskidach.

Przełęcz Salmopolska nazywana jest też  Białym Krzyżem – pochodzi od białego, drewnianego krzyża, znajdującego się tuż nad drogą na samej przełęczy. Zasadniczo odnosi się do miejsca w otoczeniu krzyża, jednak często jest odnoszona (niewłaściwie) do samej przełęczy.

Tu także spotkamy sporo turystów, którzy dostali się tu w łatwiejszy sposób niż o własnych siłach. Znajdujący się tu parking jest pełen aut.

My jednak udajemy się dalej. Znowu Kotarz. Byliśmy tu, tylko kilkanaście dni wcześniej. Wtedy wchodziliśmy od strony przełęczy Karkoszczonka, tym razem idziemy od Przełęczy Salmopolskiej.

Coś mnie podkusiło, weszliśmy do lasu i ruszyliśmy ostro z kopyta. Chyba nigdy razem tak mocno nie cisnęliśmy po  Beskidach. Kijki co chwila stukały o wystające kamienie, a ja z ledwością łapałem oddech. Tata trzymał się dzielnie. Wyprzedzaliśmy innych turystów z dużą prędkością. Za nami pozostawał tylko kurz. Kotarz z obu stron ma trudne podejście, kamieniste i strome. Większość turystów mocno tu zwalnia, ale nie my, jesteśmy na szczycie po połowie tego czasu co pokazywał znak na szlaku. Nie przechwalam się tym, po prostu chcieliśmy mocno sprawdzić jak nasza wydolność w szybkim marszu. Tata na szczycie patrzy się na mnie i mówi „ ale docisnąłeś”.

Znowu jesteśmy w barze na Kotarzu. Tata herbatę, a ja colę, bo cukru brak. Siedzimy sobie i tak patrzymy po otaczających nas wierzchołkach,  Skrzycznego poprzez Malinowską Skałę i przełęcz Salmopolską jakie zatoczyliśmy koło.

Patrzymy jednak na zegarek i okazuje się, że trochę zaczyna brakować nam czasu. Mama chyba kazał nam być wcześniej na obiad w domu. Nie damy radę przez Karkoszczonkę zejść do Szczyrku.

Idę do baru i pytam się czy znają jakąś tajemniczą ścieżkę poza szlakiem w kierunku Szczyrku.

Odpowiedź jest prosta – teraz panie pójdziecie w kierunku Karkoszczonki przez godzinę, a potem w prawo do lasu i wyjdziecie w centrum Szczyrku.

No to idziemy. Trochę wcześniej niż po godzinie zatrzymujemy się i zastanawiamy się czy to już tu. Siadamy na chwilę, bo akurat jest tu jakaś ławka i jemy po ostatniej bułce.

Nagle obok nas pojawia się starszy pan,  mówi, że zabłądził i chce wrócić do Brennej. Dobrze się składa, że nas pyta, bo kilka dni wcześniej z tego miejsc szliśmy od Brennej. Tłumaczymy mu co i jak, dziękuje nam i rusza w właściwym kierunku.

Musimy podjąć decyzję czy to już powinniśmy skręcić w las i zejść poza szlakiem. Uruchamiam mapy google i przyglądam się cienkim ścieżkom widocznym na ekranie telefonu.

Skręcamy w las. Idziemy poza wyznaczonym szlakiem stromo w dół. Jeśli nie czujecie się na siłach i nie macie odpowiedniej mapy nigdy tak nie róbcie. Zagubienie się w takich warunkach może ściągnąć nieszczęście. Jeśli używacie mapę w telefonie, pamiętajcie aby mieć pełną baterię, tak by w czasie leśnej wycieczki nie brakło wam prądu. Dobrze też jest pamiętać o power banku.

Dobrym pomysłem jest też wgranie sobie mapy off line, tak by mapa działała bez Internetu w telefonie w oparciu o sam GPS.

Nasz niebieski punkcik na elektronicznej mapie powoli przesuwa się w dół, bliżej Szczyrku. Kluczymy pomiędzy drzewami, jakimiś rowami i leśnymi ścieżkami. W pewnym momencie czuję zapach grilla.

Jesteśmy blisko jakichś zabudowań, jeszcze chwila i wyskakujemy na asfaltową drogę. Po chwili wchodzimy na główną drogę w Szczyrku i znajdujemy nasz samochód.

Endomondo pokazuje mi, że przeszliśmy 25,33 km w czasie 5,5 h. Sporo wyszło nam przewyższeń bo aż 1574m.

Dzwonimy do mamy – mamo na obiad będziemy o czasie.

 

Dziękuję za odwiedzenie mojej strony, będzie mi bardzo miło jeśli polubisz ją na Facebooku ;).