Śnieżka i Karpacz – projekt „Polskie Góry”.

Śnieżka i Karpacz.

Wsiadamy w samochód i pędzimy na święta do Karpacza. Nie mieliśmy ochoty spędzić kolejnych świąt przy suto zastawionym stole. Chcemy wciągnąć trochę świeżego powietrza i  pochodzić po górach, a w zasadzie to zdobyć Śnieżkę.

Tak zaczynamy nasz mini projekt „Polskie Góry”, jest on etapem naszego przygotowania do wejścia na dach Afryki, czyli Kilimandżaro.

Kiedyś wymieniana z estymą nazwa Karpacz, świadczyła o odpoczynku wśród wyższych sfer. Dziś niestety Karpacz jawi mi się jako zaniedbane miasto. Jedna ulica dla turystów, składająca się z lodziarni, szybkiego żarcia i sklepów z kiepskimi pamiątkami.

Gdzie tylko nie spojrzeć widać upadłe pensjonaty i hoteliki. Duża ilość budynków wystawionych na sprzedaż świadczy o marnych szansach na dobry biznes.

Do tego postawiona olbrzymia maszkara zwana „Gołębiewski”.  Swym dachem przykrywa 20 % miasta. Okropieństwo, jak ktoś mógł wydać zgodę na ten bunkier. Pewnie dzięki temu monstrum padły okoliczne małe hotele i pensjonaty, których budynki są teraz wystawione na sprzedaż.

Włodarze miasta muszą trochę popracować nad tym by przywrócić Karpaczowi dawny blask.

Na Śnieżkę startujemy o poranku. Jeszcze z dołu obserwujemy szczyt góry, ukryty gdzieś w chmurach. Towarzyszy mi siostra i tata. Kiedy byli tu ostatnim razem, musieli zawrócić w połowie drogi. Wiatr tak silny, że unosił moją siostrę, nie pozwolił osiągnąć im szczytu. Tym razem mamy nadzieję na sukces. Zresztą pogoda jest dużo lepsza. Choć jeszcze kilka dni wcześniej było tu zagrożenie lawinowe i jeden z szlaków wciąż jest zamknięty.

W przeszłości na Śnieżce zdarzyło się wiele wypadków śmiertelnych. Ten największy w 1968 roku z udziałem Rosyjskich, Niemieckich i Polskich turystów. Jedna lawina zabiła 19 osób.

Szukamy wejścia na szlak. Mijamy kolejkę na Kopę. To wersja dla leniwych. Stara kolejka, z metalowymi krzesełkami wbijającymi się w tyłek, wywiezie Was prawie pod sam szczyt. Dzięki temu u góry często można spotkać wylansowane laski w szpilkach, udające się dumnym krokiem na Śnieżkę.

Potem jest Dziki Wodospad.  To tak naprawdę zapora postawiona na rzece Łomnica.

W poprzednich wiekach nie unormowana rzeka potrafiła w czasie wiosennych roztopów niszczyć wszystko co napotkała na swojej drodze. W latach 1910 – 1915 decyzją ówczesnych władz powstała zapora przeciwrumoszowa, która od tamtego czasu wielokrotnie potwierdziła swoją skuteczność.

W końcu wchodzimy w las, tu zaczyna się nasz szlak.

Zielonym szlakiem od Rozdroża Łomnickiego wspinamy się do góry, wciągając  do płuc hausty powietrza. Zawsze te pierwsze 30 minut wspinaczki daje mi popalić. Zanim serce zrozumie, że trzeba intensywniej pracować, a mózg opanuje skok ciśnienia mija kilkadziesiąt minut. Jeśli macie z tym problemy jak ja to zażywajcie przed wędrówką trochę potasu. Dobrze jest też nie pić kawy o poranku, i alkoholu dzień wcześniej.

My na piesze wędrówki zabieramy zawsze termos z herbatą, bukłak z wodą, a czasem i bidon z rozpuszczonymi w środku mikroelementami. Oczywiście mamy ze sobą prowiant. Stara szkoła, z czasów gdy w schroniskach można było dostać tylko wrzątek.

Dziś w schroniskach można kupić prawie wszystko do jedzenia, bufet jest pełen propozycji kulinarnych. Smutne jest jednak to, że wszędzie wiszą kartki, iż w środku nie wolno spożywać swojego jedzenia. Komercja dotknęła nawet górskie szlaki. Gdzie te czasy, kiedy wyciągało się swój bochenek chleba, pasztet lub paprykarz szczeciński i bez obciachu pożerało się go na głównej sali.

Tym czasem docieramy do Strzechy Akademickiej. Schroniska położonego mniej więcej w połowie drogi na szczyt. Chwila przerwy i trzeba iść dalej.

Mamy dwie możliwości szlaku, albo owiana złą sławą droga przez Kocioł Białego Jaru, to  właśnie tutaj w 1968 r.  zginęło w lawinie 19 turystów, albo Spalona Strażnica.

Wybieramy tą drugą opcje, kiedy wychodzimy za pagórka pojawia się śnieg. Tutaj kilka lat temu moja siostra musiała uznać wyższość gór i bezpiecznie zawróciła do Karpacza. Tym razem nie wieje, musimy tylko dreptać w śniegu.

Na przełęczy pod Śnieżką, spotykamy wiele osób, które dotarło tu kolejką na Kopę. Większość raczej ubrana z rozsądkiem, ale kątem oka można dostrzec nieodpowiedzialny element. Na ale na dole była przecież wiosna, a tu u góry zaskoczenie, że mgła, że wieje i że śnieg. Nigdy nie lekceważcie gór, bo to pierwszy krok do porażki.

Pod Domem Śląskim panuje gwar. Samo schronisko powstało w 1922 r. z zewnątrz reprezentuje formę charakterystyczną dla niemieckich schronisk sudeckich z okresu międzywojennego.

Przed nami atak szczytowy. Ze względu na zagrożenie, łagodniejszy szlak znajdujący się po lewej stronie jest zamknięty. Tak jak wszyscy musimy się wspinać bo stromej ścieżce, chwytając się co jakiś czas łańcuchów. Moje buty do biegania po górach sprawują się bardzo dobrze, ich genialna przyczepność powoduje, że bardzo szybko mijam tych ślizgających się w adidasach ale także, poprawnie ubranych w dobre buty górskie.

U góry wita mnie mgła i zamknięte  schronisko. Co ciekawe od strony czeskiej można tu wjechać kolejką. Oprócz schroniska, które ma być podobno ponownie otwarte, znajdziemy tu rotundową kaplicę św. Wawrzyńca, zbudowaną w 1681 r. to najstarszy obiekt na szczycie.

U góry jest zimno, co ciekawe roczna średnia temperatura, ledwo przekracza 0 stopni, do tego charakterystyczne dla tego miejsca są  huraganowe wiatry przekraczające 80m/s oraz częste zamglenie (ponad 300 dni w roku). Średnia wieloletnia prędkość wiatru na Śnieżce wynosi prawie 12m/s a zdarzają się miesiące zimowe kiedy to średnia miesięczna przekracza 25 m/s. Śnieżka z uwagi na swoje położenie, długość, i jego nieprzerwany charakter, ciągu pomiarowego jest wspaniałym miejscem do badania zmian klimatycznych. Na podstawie prowadzonych tutaj nieprzerwanie od 1880 roku obserwacji można stwierdzić, iż w tym czasie wzrost średniej temperatury na Śnieżce przekroczył 1°C.

Jesteśmy jeszcze chwilę u góry i zaczynamy powrót. Znowu walka ze śliską ścieżką. Dobre budy sprawdzają się idealnie, ale obserwuję jak inni walczą z grawitacją.

W końcu docieramy do Domu Śląskiego, robimy krótką przerwę na piwko i kawę. Budynek jest pełen turystów. Choć ceny tu nie są najniższe, to można tu coś zjeść i wypić.

Wracamy tą samą trasą do  Strzechy Akademickiej, by ostatni fragment wracać żółtym szlakiem. Jest trochę bardziej stromy niż zielono/niebieski ale w zasadzie jest to nie zauważalne.

Kończymy naszą przygodę ze Śnieżką i wracamy do naszych apartamentów 😉

Świątynia Wang.

Świątynia powstała jako  kościół w miejscowości Vang w południowej Norwegii, na przełomie XII i XIII wieku.

W XIX wieku świątynia stała się już za mała na potrzeby ludności miejscowości Vang, która chcąc wybudować sobie nowy kościół musiała zaciągnąć pożyczkę na pokrycie kosztów budowy. Kościół był mocno zniszczony, ale nadawał się do sprzedaży w celu rozbiórki i odbudowania w innym miejscu. Wtedy norweski malarz Jan Krystian Dahl przebywający w Dreźnie skłonił pruskiego króla Fryderyka Wilhelma IV do jej zakupu za 427 marek dla berlińskiego muzeum.

W 1841 rozebraną świątynię przewieziono najpierw do Szczecina, a potem do Berlina, jednak zaprzyjaźniona z królem hrabina Fryderyka von Reden z Bukowca przekonała go, żeby przewieźć ją na Śląsk. Argumentem było to, że gmina do której należał Karpacz Górny, Borowice, Wilcza Poręba i Budniki nie miała kościoła i była obsługiwana okazjonalnie przez duchownych z Kowar lub Miłkowa. Dokładne położenie wyznaczył dyrektor sobieszowskiego zarządu dóbr rodu Schaffgotschów wyliczając najkrótsze czasy dojścia z poszczególnych miejscowości.

28 lipca 1844 świątynia Wang stała się kościołem miejscowej parafii ewangelickiej i jest nim nadal. Stanowi atrakcję turystyczną Karpacza.

Konstrukcja kościoła wykonana jest bez użycia gwoździ, wszystkie połączenia zrealizowano przy pomocy drewnianych złączy ciesielskich.

Świątynia Wang jest jedną z największych atrakcji Karpacza.

Anomalia grawitacyjna.

Ostatnią atrakcją, którą chcemy zobaczyć przed wyjazdem z Karpacza, jest miejsce nazywane anomalią grawitacyjną.

Położona tu na drodze pusta butelka zaczyna sama  toczyć się do góry.

Podobne rzeczy dzieją się gdy zatrzymamy samochód, zwolnimy hamulec i auto zostawimy na biegu jałowy.

Wikipedia tak opisuje to miejsce: zjawisko rejestrowane w Karpaczu Górnym na ul. Strażackiej, polegające na samodzielnym przemieszczaniu się obiektów kolistych i cieczy pozornie w górę po szosie. Uważa się, że zjawisko jest przykładem złudzenia optycznego, tak zwanej magicznej górki – w rzeczywistości szosa obniża się po zboczu doliny, mimo że prowadzi w górę rzeki. Jednak niektórzy uznają to za rzeczywistą anomalię i wierzą, iż w tym miejscu przyciąganie ziemskie jest o 4% słabsze. Żadna z tych teorii nie została poparta wiarygodnymi dowodami.

Oficjalna strona miasta Karpacz, opisuje to miejsce bardziej uroczo, tak aby turyści mieli co tu robić. Fakt faktem, co chwila ktoś  zatrzymuje tu auto i sprawdza czy to działa.

Jeśli dotrzecie także tutaj, to sami przekonajcie się czy to cud czy złudzenie optyczne.

Kończymy nasz pobyt w Karpaczu, Śnieżka zdobyta, norweska świątynia odwiedzona, lody zjedzone, grawitacja pokonana. Czas wracać do domu. Pierwszy etap projektu  „Polskie Góry” zrobiony. Przed nami kolejne szczyty.

Kiedy wyjeżdżam z Karpacza, trochę smutnym okiem patrzę na opuszczone budynki dawnych pensjonatów. Na masę reklam, zupełnie tu niepotrzebnych. Na tą odpustową tandetę.  Ktoś kto rządzi w tym mieście powinien włożyć dużo pracy, by przywrócić mu czasy świetności, by większość turystów miała ochotę tu wrócić.

 

Dziękuję za odwiedzenie mojej strony, będzie mi bardzo miło jeśli polubisz ją na Facebooku ;).